Na nieznanych wodach

Tagi

, , , ,

Jack Sparrow to w ostatnich latach postać, która jako pierwsza przychodzi do głowy kiedy mówi się o piratach. Stało się tak za sprawą niezwykłej popularności Piratów z Karaibów. Ten filmowy cykl łączy w sobie humor oraz akcję i dzięki temu zyskał tysiące fanów na całym świecie. Niestety popularności filmów nie towarzyszy świadomość, że jeden z nich inspirował się dość stara powieścią Tima Powersa – Na nieznanych wodach.

W powieści poznajemy Johna Chanagnaca, który chcąc odzyskać rodzinną fortunę wyrusza do Nowego Świata. Niestety żegluga w XVIII wieku nie należała do najbezpieczniejszych i okręt, którym płynie trafia w ręce piratów. Bohater wychodzi z tarapatów, ale jego życie kompletnie się zmienia i to w sposób jakiego nie przewidziałby w najśmielszych snach. W życiu Johna pojawiają się piraci i magia, ale zjawia się także dama, która niespodziewanie zawładnie jego sercem.

Opowieści o piratach zwykle pełne są zwrotów akcji oraz dynamicznych walk. Kiedy dodać do tego dziwna i niezrozumiałą magię to całość nabiera jeszcze większych rumieńców. Niemniej Powers nie poprzestał tylko na opowiedzeniu ciekawej historii z czarującymi piratami w roli głównej. Plusem Na nieznanych wodach jest także język, który doskonale pasuje do klimatu książki, a jednocześnie jest bardzo przyjemny w odbiorze. Dzięki temu wszystkiemu książkę czyta się bardzo szybko i ciężko się od niej oderwać.

Trudno byłoby nazwać Na nieznanych wodach literatura problemową. Autor zdecydowanie bardziej skupia się na budowaniu nastroju oraz na akcji niźli na rozważaniach. Niemniej jednak podczas lektury natrafić możemy na kilka przemyśleń, a i opisywane wydarzenia mogą skłonić nas ku rozważeniu pewnych kwestii. Po lekturze warto też sięgnąć do wikipedii lub innych źródeł i poczytać o niektórych z opisanych w książce postaciach – dobrze jest wiedzieć, że nie wszystko w utworze fantasy musi być wymyślone.

Tim Powers doskonale włada piórem. W swojej pirackiej powieści stworzył ciekawy świat i opisał fascynujące, pełne magii i zwrotów akcji przygody. W książce widać kilka historycznych inspiracji i można ją traktować jako pokaz tego jak twórczo można podejść do motywów znanych z lekcji historii. Na nieznanych wodach to co prawda nie arcydzieło literatury, ale kawał ciekawej opowieści, która podczas lektury sprawia niezwykle wiele przyjemności.

Na nieznanych wodach

Autor: Tim Powers
Wydawca: Genius creations
Tłumaczenie: Łukasz Małecki
Książka na stronie wydawcy

Reklamy

Senni łowcy

Tagi

, , , ,

Podejście do rysunków w książkach bywa bardzo różne. Część czytelników (i twórców) bardzo je lubi. Inni uważają, że są one zbędne, a nawet szkodliwe gdyż nie pozwalają działać wyobraźni. Bywają jednak utwory, w których ilustracje nie są jedynie nieznaczącym dodatkiem, a równoprawną częścią opowieści. Dzieje się tak najczęściej w wypadku bajek dla dzieci oraz komiksów, a także w niektórych innych dziełach. Przykładem takiej książki są Senni łowcy Neila Gaimana i Yoshitaki Amano.

Fabuła wzorowana jest na japońskiej opowieści o mnichu i lisicy. Gaiman przetworzył tę historie i stworzył z niej nową jakość. Spisane przezeń dzieło może zachwycać zachodniego czytelnika. Sama historia jest dość prosta i nie ma w niej dramatycznych zwrotów akcji. Jednakże pomimo tego przykuwa ona uwagę i porusza czytelnika. Dzieje się tak, dzięki niesamowitemu nastrojowi, który łączy w sobie grozę z melancholijną opowieścią o miłości.

Rysunki nie są tu tylko prostym dodatkiem. Oczywiście prezentowane są na nich opisywane wydarzenia. Jednakże ilustracje stanowią własne spojrzenie rysownika na omawiany temat. Znacząco przyczyniają się one do odbioru całego dzieła i nie można Sennych Łowców tylko czytać – trzeba ich zarówno czytać jak i oglądać. Dopiero połączenie obu form przekazu pozwala nam w pełni obcować z przedstawiana historią.

Część ilustracji jest niezwykle dopracowana inne z kolei przypominają nieco rozwinięte szkice. Stylistyka prac jest bardzo różna. Można wręcz rzec, że są one niespójne. Yoshitaka Amano zastosował różne techniki i często bardzo odmienną kolorystykę. Jednakże każdy z rysunków ma u nas wywołać pewne uczucia. W niektórych wypadkach mocno one pasują do tekstu w innych nieco mniej. Prawdopodobnie jednak ten stopień dopasowania uzależniony będzie od kombinacji indywidualnej wrażliwości na różne odmiany sztuki. Niestety dwie spośród licznych ilustracji są zbyt ciemne i praktycznie nie widać co przedstawiają.

Język użyty przez Gaimana jest przyjemny w odbiorze. Porównując go do tekstów zawartych w książkach takich jak Kaidan – japońskie opowieści niesamowite czy też Japońska księga duchów i demonów można zauważyć, że autor zdecydowanie chętniej operuje językiem niż twórcy oryginalnych japońskich historii. Z pewnością wpływa na to sama długość fabuły – u Gaimana jest ona kilkukrotnie dłuższa, ale nie można pominąć tu także wpływu stylu autora.

Sanni Łowcy stoją gdzieś pośrodku pomiędzy klasyczną powieścią, a komiksem. Łączą w sobie istotną rolę ilustracji z dominująca funkcją tekstu i tradycyjną – literacką narracją. Taka forma utworu nie musi wszystkim pasować, ale warto spróbować z nią swoich sił. Nawet jeśli okaże się, że dołączanie rysunków do tekstu nie jest tym czego oczekujemy od literatury to ciekawa i pięknie opowiedziana historia powinny nam zrekompensować poświęcony na lekturę czas.

Senni łowcy

Autor: Neil Gaiman, Yoshitaka Amano
Wydawca: Egmont
Tłumaczenie: Paulina Braiter

Tożsamośc Rodneya Cullacka

Tagi

, , ,

Literaturę doceniamy za różne rzeczy. Czasami elementem kluczowym jest pomysł, innym razem wykonanie, a w innych wypadkach najważniejsze są problemy jakich dotyka książka. Zwykle wystarczy, żeby chociaż jedno kryterium stało na wysokim poziomie, a jesteśmy w stanie przymknąć oko na drobne niedoskonałości w innych aspektach. Niestety Tożsamość Rodneya Cullacka chociaż zbudowana jest wokół ciekawego pomysłu i porusza ważne problemy to jednak w sferze wykonania widoczne jest zbyt wiele błędów.

Bohaterem powieści jest Richard Zonga – agent bliżej nieokreślonej agencji. Na samym początku książki poznaje on pewien sekret co ściąga na jego głowę problemy. Jakby tego było mało informacje, w których posiadaniu się znalazł nie są pełne i musi nie tylko ukrywać się przed dawnymi kolegami po fachu, ale także szukać kolejnych elementów układanki. Niestety fabuła nieco się rwie. Z jednej strony tajemnica, do której został dopuszczony Richard jest tak ważna, że błyskawicznie staje się poszukiwany i grozi mu śmierć. Z drugiej zaś strony w dalszej części książki dowiadujemy się, że całkiem sporo osób ma przybliżone pojęcie o tym mrocznym sekrecie.

Dosyć problematyczny jest język. Autor starał się uczynić głównego bohatera postacią z krwi i kości. Agent jest osobą zdemoralizowaną przez wysokie zarobki i konieczność odreagowywania po pracy. Stąd wyraża się on wulgarnie i często podkreśla swoją seksualność. Niestety podczas lektury nie wygląda to zbyt dobrze. Częste bluzgi przeplatane wstawkami o udanym pożyciu są nieco denerwujące i nie pomagają wczuć się w klimat lektury.

Często zdarza się, że w książkach z nurtu SF jest zdecydowanie więcej części „fiction” niźli „science”. Tak samo niestety wygląda sytuacja z powieścią Przemka Angermana – momentami pomysły autora są tak nierzeczywiste, że ciężko jest nam zawiesić czytelniczą niewiarę.

Świat, w którym żyją bohaterowie nie obnaża przed czytelnikami swych tajemnic. Autor nie prowadzi nas za rękę. Musimy sami sobie złożyć obraz rzeczywistości towarzyszącej Richardowi Zondze. Co prawda pisarz dostarcza nam trochę informacji jednakże ich ilość jest zdecydowanie zbyt mała byśmy mieli pełny obraz świata. Oczywiście trochę utrudnia nam to poruszanie się po świecie ksiązki, ale jednocześnie pozwala to na trening naszej wyobraźni. Sam świat jest zresztą ciekawą stroną utworu. Na ile da się go zrekonstruować to wydaje się nie być do końca spójny i logiczny niemniej jednak pomysł autora jest ciekawy i na swój sposób fascynujący. Wiele elementów opisanej rzeczywistości można by było wykorzystać w grze komputerowej czy w klasycznym RPGu. Takimi nośnymi motywami są chociażby agencje zarządzające agentami wraz z wygodnym ich podziałem na kategorie, czy też łatwość manipulacji ludzką pamięcią. Wokół najciekawszego pomysłu skupia się cala fabuła książki i niestety jego zdradzenie zepsułoby całą przyjemność płynącą z lektury.

Tożsamość Rodneya Cullacka pomimo wspomnianych powyżej błędów i niedoskonałości nie jest książką pozbawioną jakiejkolwiek myśli. Wręcz przeciwnie – autor stara się zadawać dość podstawowe pytania. Bohaterowie i ich przygodny zmuszają nas do zastanowienia się nad wolną wolą czy też nad istotą tożsamości i człowieczeństwa. Nie są to lekkie tematy i nie da się na tak fundamentalne pytania udzielić jednej prostej odpowiedzi. Pisarz poprzez usta i czyny stworzonych postaci zdaje się nam sugerować jedno z możliwych rozwiązań, a od nas zależy czy przychylimy się do opinii autora.

Tozsamość Rodneya Cullacka

Serdecznie dziękuję autorowi – Przemkowi Angermanowi za udostępnienie mi egzemplarza recenzenckiego.

Autor: Przemek Angerman
Wydawca: Uroboros
Książka na stronie wydawcy

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Polacy nie gęsi

Szklany dom

Tagi

, , ,

Szklany dom to powieść, w której Charles Stross porusza kilka problemów. Wnioski jakie proponuje czytelnikowi są ciekawe chociaż w niektórych miejscach nie udaje mu się wszystkiego zaprezentować w przekonujący sposób. Niemniej ksiązka ta jest warta czytelniczej uwagi.

Pierwszym aspektem powieści, na który warto zwrócić uwagę jest fabuła. Autor postarał się i przygody jakie spotykają bohaterów są ciekawe, a czytelnik niejednokrotnie boi się o losy swojego faworyta. Długotrwałe poczucie zagrożenia i próby wybrnięcia z sytuacji utrzymują nas w napięciu i ciężko jest się od tej książki oderwać. Pozytywnie też należy ocenić samą konstrukcję świata. Przyszłość jaką oferuje nam Stross przekracza nasze oczekiwania. Podróżowanie odbywa się poprzez bramki teleportacyjne, które rozbierają nas na części składowe by w omal tej samej chwili złożyć nas w całość w innym miejscu wszechświata. Tym sposobem odległości pomiędzy poszczególnymi habitatami zawieszonymi w kosmosie stają się mniej ważne niż ich połączenia przy użyciu systemu bramek. Powieść napisana jest stosunkowo lekkim językiem i czyta się ja bardzo dobrze. Nie pojawiają się też dłużyzny co należy poczytać za plus.

Bohaterowie Szklanego domu pochylają się nad historią ludzkości i sięgają wstecz aż do połowy XX wieku. Jak jednak pokazuje autor zrozumienie ludzi z cywilizacji tak odległej jest niezwykle trudne. Sama świadomość pewnych zachowań, czy też wiedza o zjawiskach nie musi pozwolić na zrozumienie przodków. Pod wieloma względami bliżej jest nam cywilizacyjnie do XV wieku niż bohaterom Strossa do XX wiecznych Stanów Zjednoczonych. Autor jednak zapytuje nas na ile możemy być pewni, ze dobrze rozumiemy naszych przodków – wszak pomimo licznych źródeł możemy błądzić omalże tak samo jak bohaterowie jego dzieła.

Tematem, z którym autor sobie nie poradził jest kwestia płci. Trudno dokładnie omówić błędy pisarza nie zdradzając zbyt wiele z fabuły książki niemniej Charles Stross założył, że płeć nie będzie tak istotna dla ludzi przyszłości jak jest dla nas. O ile sam trend spadku znaczenia płci wydaje się być słuszny o tyle autor zdecydowanie przesadził z umniejszaniem jej roli. Na skutek tego założenia postaci są w niektórych momentach mało przekonujące. Na szczęście nie tyczy się to całej książki, a jedynie wybranych sytuacji. Poza tymi momentami bohaterowie wydaja się być zwykłymi ludźmi z krwi i kości, a to ułatwia identyfikowanie się z nimi i wspólne przeżywanie przygód.

Charles Stross w Szklanym domu  roztacza przed czytelnikami fascynującą wizję. Opisywany przez niego świat jest wystarczająco odległy od naszej rzeczywistości byśmy uznali go za ciekawy i egzotyczny, ale jednocześnie zdaje się być na tyle bliski byśmy mogli go jeszcze uznać za „nasz świat”. Fabuła, wizja i styl w jakim powieść została napisana czynią ja pozycją naprawdę wartą uwagi, a drobne błędy zupełnie nie przeszkadzają.

Szklany dom

Autor: Charles Stross
Wydawca: Mag
Tłumaczenie: Wojciech M. Próchniewicz

Tkacz Iluzji

Tagi

, , ,

Jak to jest nie słyszeć? Nigdy nie poznać szumu wody ani trzasku, jaki wydaje soczyste jabłko gdy się w nie wgryźć? Kamyk – główny bohater Tkacza iluzji jest pozbawiony słuchu – jest to cena jaką zapłacił za swój dar tworzenia iluzji. Nikt jednak nie pytał go o to czy chce taką cenę zapłacić – urodził się z darem ale bez słuchu. Niestety ciężko jest tworzyć perfekcyjne iluzje jeśli nie można ich uzupełnić dźwiękiem. Autorka w swojej powieści zabiera czytelników w fascynujący świat, w którym poznajemy nie tylko magię ale i ograniczenia jakie na swoich adeptów potrafi ona narzucać.

Fabuła Tkacza Iluzji to opis początków kariery magicznej Kamyka – głuchoniemego chłopca, który posiada silny dar tworzenia iluzji. Na swojej drodze spotyka on młodego smoka – Pożeracza Chmur. Przyjaźń ze smokiem wpędza Kamyka w kłopoty, ale otwiera też przed nim nowe możliwości. Opowieść o ich przygodach jest niezwykle ciekawa i już ona sama w pełni by wystarczyła by móc polecić tę książkę. Jednakże utwór ten zawiera więcej treści niźli tylko barwny opis przygód dwójki młodych przyjaciół.

Autorka bardzo udatnie opisuje stworzony przez siebie świat. Kiedy bohaterowie gdzieś podróżują widoki roztaczają się przed naszymi oczami. Kiedy Kamyk tka swoje iluzje zdają się one być na wyciagnięcie ręki. Równie przekonujący jest problem jaki towarzyszy tytułowemu bohaterowi. Podczas lektury cały czas mamy świadomość tego, że Kamyk jest głuchoniemy. Ta jego cecha nie jest tylko zabiegiem, który miał go odróżnić od innych bohaterów. Nie wygląda to tak, że autorka raz na 50 stron przypomni o tym problemie. Ta cecha Kamyka jest z nami od pierwszej do ostatniej strony – jest o niej mówione wprost, ale też jest ona widoczna pośrednio w różnych wydarzeniach. Lektura nie pozwoli nam doświadczyć takich problemów, ale jednak pozwala nam zyskać jakiś ogląd sytuacji – ułatwia nam zrozumienie osób głuchoniemych i pozwala na współodczuwanie. Tym samym książka rozwija naszą wrażliwość i empatię.

Styl Ewy Białołęckiej umożliwia nam nie tylko zobaczenie opisywanych przez autorkę miejsc. Daje on nam również możliwość przeżywania emocji wraz z bohaterami. Przytrafiają nam się chwile grozy, wstydu, ale i radości. Dziecinne niekiedy zabawy Kamyka i Pożeracza Chmur to dla dorosłego czytelnika droga do odstresowania się. Podczas lektury możemy sobie pozwolić na przeżywanie radości, które na żywo byłyby już ciężkie do osiągnięcia. Taka odskocznia jest czasem nie do przecenienia.

Tkacz Iluzji powstał na kanwie opowiadania, które przyniosło autorce nagrodę Zajdla. Lektura powieści utwierdza w przekonaniu, że nagroda ta została słusznie przyznana. Pisarka w mistrzowski sposób opisała barwne przygody dwójki młodych bohaterów i jednocześnie zostawiła miejsce na poruszenie ważnej problematyki. Książka zarówno bawi jak i rozwija oraz skłania ku refleksji.

Tkacz Iluzji

Autor: Ewa Białołęcka
Wydawca: superNOWA
Książka na stronie wydawcy

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Polacy nie gęsi

Loncon 3 – czyli wrażenia z Worldconu

Tagi

, , , , ,

W połowie sierpnia, w Londynie, odbył się 72. światowy konwent SF – Worldcon. Zgodnie z tradycją każdy Worldcon ma też indywidualną nazwę – tegoroczny został ochrzczony mianem Lonconu 3, gdyż był to trzeci Worldcon odbywający się w stolicy Wielkiej Brytanii. W poniższej relacji skupię się na wybranych aspektach tej imprezy i postaram się podkreślić elementy związane z literaturą, ale nie będę pisał wyłącznie o nich.

Spotkanie z Connie Willis i Georgem R.R. Martinem
Spotkanie z Connie Willis i Georgem R.R. Martinem

Worldcony w Europie odbywają się dość rzadko. Poprzedni zawitał do nas w 2005 roku. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że zainteresowanie Lonconem było duże. Aby uzyskać prawo do zorganizowania tego konwentu, jego twórcy musieli zacząć swoje starania już kilka lat temu. Wreszcie w sierpniu 2012 roku podjęta została oficjalna decyzja – Worldcon trafi do Londynu. Wtedy też zaczęła się moja przygoda z konwentem – w tym okresie opłaciłem wejściówkę i zacząłem odliczanie dni do jego rozpoczęcia. Z jednej strony długie oczekiwanie dawało mi czas do nacieszenia się imprezą jeszcze zanim się ona zaczęła, ale z drugiej strony moje wymagania wzrosły do bardzo wysokiego poziomu. Szczęśliwie Loncon 3 był w stanie je zaspokoić.

G.R.R. Martin
George R.R. Martin rozdaje autografy

Jednym z pierwszych wrażeń na konwencie jest zwykle proces akredytacji oraz materiały jakie się przy tej okazji otrzymuje. Z racji pomagania na imprezie akredytowałem się dwa dni przed jego rozpoczęciem i nie stałem w kolejce. W czwartek kiedy Loncon się rozpoczynał kolejka była bardzo długa. Trudno jednoznacznie powiedzieć jak długo się w niej czekało – znajomy spędził jedynie pół godziny, lecz doszły mnie słuchy o czasie oczekiwania sięgającym nawet 2 godzin. Same materiały konwentowe były ciekawe. Identyfikator nie miał co prawda zachwycającej szaty graficznej, ale za to miał formę sztywnej plastikowej karty – dzięki temu bez najmniejszego problemu przetrwał pełne 5 dni konwentu. Informator był dość grubą książką ze sprężynowym grzbietem, jednak dzięki temu, że online była dostępna wygodna aplikacja z programem, nie musiałem korzystać z papierowego informatora. Trzecim przedmiotem otrzymywanym przy akredytacji była księga pamiątkowa – ponad 170 stron A4 wypełnionych informacjami o gościach honorowych, listą uczestników, historią nagród Hugo, sprawami fandomu oraz reklamami. Jest to ciekawa publikacja, z której wielu fanów może się cieszyć.

Astrobiologia
Wykład o astrobiologii

Wiadomym było, że na Lonconie pojawi się cała plejada znanych twórców fantastyki. Trudno byłoby wymienić tu wszystkie nazwiska, ale pojawiły się jedne z największych gwiazd literatury fantastycznej – wystarczy wymienić kilka osób – Robin Hobb, Connie Willis czy George R.R. Martin. Uczestnicy mieli możliwość spotkania pisarzy przy różnych okazjach – część brała udział w dyskusjach panelowych, część czytała fragmenty swoich dzieł, wielu miało przewidziane sesje autografowe, a niektórzy byli chętni, by nawiązać dużo bliższy kontakt z fanami podczas tak zwanych Kaffeeklatsches i Literary Beers. Są to spotkania, podczas których artysta oraz niewielka grupka fanów (tylko kilkoro) mają okazję porozmawiać ze sobą przy kawie, czy też piwie. Tradycja ta znana w fandomie zachodnim nie przeniknęła póki co do Polski, a jest ona zdecydowanie warta uwagi. Kontakt z twórcą podczas takiej rozmowy jest dużo bliższy niźli na spotkaniu autorskim i zwiększa szansę na wzajemne poznanie się oraz zaprzyjaźnienie. Miałem możliwość uczestniczenia w spotkaniu z Ramezem Naam i strasznie żałuję, że w kraju nie praktykuje się takich spotkań. Z pisarzami można było się też spotkać podczas porannych „spacerów z gwiazdami”, jednak niestety nie wziąłem w nich udziału, więc ciężko mi je ocenić.

Literary Beer z Catheryne M. Valente
Literary Beer z Catheryne M. Valente

Program konwentu to jednak nie tylko spotkania z artystami. Uczestnicy mogli przebierać w prelekcjach i dyskusjach panelowych (tych ostatnich było więcej niż w Polsce), odbywały się też koncerty oraz duże eventy sceniczne. Niestety zdarzało się, że na część punktów programu nie dało się wejść, gdyż ilość miejsc w salach była ograniczona. Subiektywnie chciałbym zwrócić uwagę na kilka rzeczy, które mnie interesowały – z racji ograniczeń miejsca, nie będę wspominał o wszystkich prelekcjach i panelach, które odwiedziłem. Podczas Lonconu można było wziąć udział w różnych koncertach muzyki określanej mianem filku – jest to gatunek muzyczny powiązany tekstowo z literaturą fantastyczną. W praktyce sporo piosenek bazuje na legendach, czy też utworach z literatury głównego nurtu, a trafiają się także klasyczne folkowe kawałki, albo żartobliwe miniatury o różnej tematyce. Ważne jest, że podczas konwentu można było posłuchać rozmaitych wykonawców podczas ich koncertów, a także przyjść na wieczorne kółka filkowe, podczas których artyści i fani prezentowali swoje piosenki lub fragmenty, nad którymi aktualnie pracowali. Podczas tych wieczornych spotkań nie wszystkie utwory były dopracowane, nie wszyscy artyści byli profesjonalni, jednak atmosfera towarzysząca tym prezentacjom była niezapomniana. Wśród muzycznych wydarzeń warto wymienić też filharmoniczny koncert, podczas którego zaprezentowane zostały utwory związane z fantastyką – czy to te znane z filmów, gier i seriali, czy też fragmenty muzyki klasycznej powiązane z kosmosem. Wśród wydarzeń scenicznych wypada wymienić jeszcze rozdanie nagród Hugo oraz Retro, a także premierę sztuki teatralnej Wrota Anubisa (na podstawie książki Tima Powersa), której niestety nie miałem okazji obejrzeć.

Playing Rapunzel
Filkowy koncert zespołu Playing Rapunzel

Loncon Philharmonic Orchestra - Superman Theme
Loncon Philharmonic Orchestra – Superman Theme

Ważnym elementem Worldconu jest wręczenie nagród Hugo – są to wyróżnienia jakie fani przyznają twórcom i fanom działającym na polu szeroko rozumianej fantastyki. Co roku wręczane są one w różnych kategoriach za osiągnięcia z roku poprzedzającego dany Worldcon. Nagrody Retro Hugo to wyróżnienia wymyślone celem nagrodzenia twórców oraz fanów działających w czasie, zanim na Worldconach wprowadzono nagrody Hugo. Ceremonie odbywały się przez dwa kolejne wieczory w audytorium mogącym pomieścić do 4000 osób. Oprawa obu eventów była na wysokim poziomie. Teoretycznie nagrody Hugo były ważniejsze, jednakże w moim odczuciu to ceremonia wręczenia Retro Hugo, odwołująca się do Wojny Światów H.G. Wellsa, była ciekawsza.

Retro Hugo
Ceremonia Retro Hugo

Ceremonia wręczenia nagród Hugo
Ceremonia wręczenia nagród Hugo

Jedna z wystaw - statuetki nagród Hugo
Jedna z wystaw – statuetki nagród Hugo

Zbliżając się do końca warto wspomnieć o  kilku rzeczach, które odróżniały Loncon od polskich konwentów. Przede wszystkim przykładano dużo większą uwagę do potrzeb osób niepełnosprawnych. Każda sala prelekcyjna miała osobne miejsca wyznaczone dla osób na wózkach. Często też można było zobaczyć miejsca przeznaczone dla osób mających problemy ze wzrokiem i słuchem. Warto by było w Polsce przywiązywać do tego większą wagę tak, by nie wykluczać osób z problemami motorycznymi lub słabszymi narządami zmysłu z życia fandomu. Bardzo też rzucał się w oczy średni wiek uczestników. W kraju, fandom składa się głównie z ludzi młodych – często nawet nastolatków. Worldcon zdominowany był przez zdecydowanie starszych fanów. W Londynie można też było zaobserwować dwa zwyczaje, których wprowadzenie na polski grunt mogłoby być ciekawe – jednym z nich jest publikowanie newslettera – przez 5 dni Lonconu ukazało się 13 numerów (każdy będący kartką A4) podsumowujących w jakiś sposób upływający czas. Jest to ciekawa forma komunikowania się organizacji z uczestnikami. Drugą interesującą rzeczą były „wstążki”. Od różnych osób można było otrzymać tekstylne wstążki z napisami, przycięte tak, by pasować wymiarem do identyfikatora (do którego się je przyklejało). Zawierały one reklamy konwentów, żarty, czy też informacje o tym, że ktoś głosował na nagrodę Hugo lub uczestniczył w jakiejś atrakcji.

Worldconowa wstążka
Worldconowa wstążka

Bardzo ciekawą formą uczestniczenia w Worldconie jest pomoc w jego organizacji. Ochotnicy mieli okazję poznać siebie nawzajem i mogli przyczynić się do sukcesu imprezy. Może to dziwnie zabrzmieć, ale ciężka praca fizyczna przy rozkładaniu konwentu sprawiła mi niezwykle dużo przyjemności a także dała poczucie uczestnictwa w “czymś wielkim”. Jeśli będę miał okazję kolejny raz uczestniczyć w Worldconie, to już dzisiaj wiem, że na pewno będę starał się w nim pomagać – zarówno przed konwentem, jak i w jego trakcie.

Wtorek przed konwentem - przerwa w pracy
Wtorek przed konwentem – przerwa w pracy

Pięć konwentowych dni spędzonych w Londynie to zdecydowanie ciekawy czas. Warto było poświęcić urlop i gotówkę po to, by pojechać na ten bardzo prestiżowy konwent. Widziałem w sieci nieprzychylne relacje części uczestników, ale sam uważam Loncon za jeden z najlepszych konwentów, na których byłem. Osoby, z którymi rozmawiałem także wyrażały się o nim bardzo pozytywnie. Ta wycieczka na długo pozostanie w mojej pamięci, a ja już teraz czekam na kolejny Worldcon w Europie – należy trzymać kciuki, by Finlandia otrzymała prawa do organizacji Worldconu w 2017, a Dublin w 2019 roku.

Warsztaty degustowania czekolady
Warsztaty degustowania czekolady

Przerwa wakacyjna trwa

Tagi

,

Niestety w ostatnich tygodniach nie pojawiły się nowe notki i w tym też nie będzie to miało miejsca za co serdecznie przepraszam. Jednak czas kiedy mnie nie było nie został zmarnowany. Kolejne pozycje literackie były czytane (recenzja części z nich się pojawi). Ponadto miałem przyjemnośc uczestniczenia w Lonconie 3 – 72gim Worldconie. Relacja z tego konwentu z czasem także zawita na łamy niniejszego bloga.

Ponieważ nie ma notki to dla tych wszystkich, którzy chcieliby jednak dzisiejszy wieczór spędzić z literaturą podaję linka do serwisu, na którym aktualnie dostępne są nagrania z ceremonii rozdania nagród Hugo za rok 2013 i Retro Hugo za 1939: http://www.ustream.tv/hugo-awards

The Mad Scientist’s Guide to World Domination

Tagi

, ,

Nagroda Hugo jest jedną z bardziej prestiżowych w dziedzinie fantastyki. Niezwykle więc ucieszyła mnie możliwość przeczytania sporej części tekstów nominowanych do tego wyróżnienia za 2013 rok. John Joseph Adams uzyskał nominację w kategorii dla najlepszego redaktora krótkich form. W pakiecie dostępnym dla głosujących na nagrodę dostępna była zredagowana przez niego antologia The mad scientist’s guide to world domination.

Na ten zbiór składają się 22 teksty napisane przez różnych autorów. Ilościowo przeważają opowiadania, które swoją tematyką i sposobem narracji przywodzą na myśl komiksy o superbohaterach. Jest to zrozumiałe, wszak szalony naukowiec próbujący zdobyć władzę nad światem to postać, która doskonale pasuje do superbohaterskich komiksów, które od dziesiątek lat podbijają serca czytelników. Szczęśliwie jednak w tomie znajdują się też teksty, które nie są próbą przełożenia komiksowej fabuły na karty książki.

Na plus antologii poczytać należy sam pomysł na dobór tekstów. Szaleni naukowcy są postaciami o tyle ciekawymi, że w niektórych wypadkach mogą być niejednoznaczni moralnie. Część z przedstawionych bohaterów prawdziwie wierzy w to, że w istocie ratuje świat. Inni z kolei są jednoznacznie źli, ale geniusz w służbie zła to wciąż postać mająca spory potencjał. Niestety, same teksty pozostawiają trochę do życzenia. Część z opowiadań jest naprawdę ciekawa, jednakże sporo zaprezentowanych utworów nie sprawia dużej przyjemności podczas lektury. Niektóre ze słabszych pozycji nadrabiają co prawda braki literackie ciekawym pomysłem, ale niestety to za mało, by zachwycać się omawianym zbiorem.

Ciekawy i mocno komiczny pomysł został wykorzystany w opowiadaniu The Angel of Death has a business plan. Wizja doradcy zawodowego dla superzłoczyńców jest wielce pociągająca, a sam tekst napisany jest z dostatecznym poczuciem humoru, by można go docenić. Nie jest to co prawda pozycja, która zapadnie na lata w pamięć, ale czyta się ją dobrze. Ciekawsze, zarówno ze względu na pomysł, jak i wykonanie, jest opowiadanie The mad scientist’s daughter. W swoim tekście Theodora Goss prezentuje sześć pań, których życie w jakiś sposób zostało zniszczone przez to, kim byli ich ojcowie, a w większości ich geniusz ocierał się o szaleństwo. Autorka nie wykreowała wszystkiego sama, nazwiska bohaterek opowiadania odnoszą się do znanych utworów. Panie po ojcach nazywają się Frankenstein, Moreau, Rappaccini, Jekyll, Hyde i Vaughan. Sama opowieść snuta przez narratorkę nie jest porywającym opisem przygód, a zamiast tego otrzymujemy bardzo nastrojową historię życia kilku kobiet i tego, jak w końcu mogły je sobie ułożyć. Również kolejne opowiadanie jest nastrojowe i ciekawe, a jest nim The space between Diany Gabaldon. Akcja tego tekstu osadzona jest wcześniej, niż w innych opowiadaniach ze zbioru. Opowieść przenosi nas do XVIII-wiecznego Paryża i chociaż sam pomysł na opowiadanie nie urzeka tak bardzo, jak w wypadku The mad scientist’s daughter, to jednak wykonanie jest jeszcze lepsze. Od autorki otrzymaliśmy naprawdę fascynującą historię o magii i o zwykłych ludziach i ich namiętnościach. Tekst ten zdecydowanie zawyża ocenę całości zbioru, gdyż sprawia wiele przyjemności, a zarazem wypełnia czwartą część tomu. Antologia zawiera jeszcze kilka opowiadań, które przykuwają uwagę i potrafią zaciekawić, jednak nic więcej się już wyraźnie nie wybija.

Jak na pozycję, która pozwoliła redaktorowi uzyskać nominację do nagrody Hugo, The mad scientist’s guide to world domination okazuje się niezbyt ciekawe. W skład zbioru wchodzi kilka ciekawych tekstów, jednak bardziej opłaca się je przeczytać osobno i nie zawracać sobie głowy wszystkimi innymi – no chyba, że ktoś rzeczywiście planuje przejęcie władzy nad światem…

The Mad Scientist's Guide to World Domination

Redaktor antologii: John Joseph Adams
Wydawca: Tor
Książka na stronie wydawcy

Lewa ręka ciemności

Tagi

, , , , , ,

Jeśli co jakiś czas pojawia się ochota, by do jakiejś książki wrócić, zwykle oznacza to, że jest to pozycja dobra. Jeśli zaś przy każdym kolejnym powrocie odkrywamy w książce nowe elementy, to jest to wyraźny znak, iż jest to dzieło wyjątkowe. Tak właśnie jest w przypadku Lewej ręki ciemności Ursuli K. Le Guin. Ta arcyciekawa powieść przy każdej kolejnej lekturze zwraca nam uwagę na inne aspekty ludzkiej egzystencji.

Powieść osadzona jest w cyklu haińskim autorki, znanym także jako cykl o Ekumenie. Główny bohater – Genly Ai wysłany został jako mobil na planetę Gethen zwaną Zimą. Jego zadaniem jest przekonać mieszkańców do przyłączenia się do Ekumeny – wspólnoty wielu światów. Tym co odróżnia Gethen od wszystkich innych planet jest kwestia płci mieszkańców – wszyscy są hermafrodytami, a w dodatku przez większość czasu pozostają aseksualni.

Jak łatwo się domyślić kwestia płci i jej roli w naszym życiu jest poruszana dość często. Autorka wskazuje, że „chyba najważniejszą rzeczą, najbardziej znaczącym czynnikiem w życiu człowieka jest to, czy rodzi się mężczyzną czy kobietą.” Za tą myślą przewodnią na swój sposób podąża cała książka. Podczas lektury orientujemy się, jak głęboko w nas wbudowany jest podział ze względu na płeć. Tak jak Genly’emu, tak i nam ciężko jest sobie wyobrazić ludzi, którzy płci są pozbawieni. Jednakże to nie koniec – obserwując społeczeństwo Gethen powoli uświadamiamy sobie, w jak wielu punktach nasza kultura rozróżnia ludzi tylko na podstawie płci.

Gdyby jednak Lewa ręka ciemności traktowała tylko o kwestiach związanych z naukami gender, to nie byłaby tak ciekawą pozycją, jaką w rzeczywistości jest. Płeć jest w powieści wyeksponowana na pierwszym planie, jednak to, co w tle, jest równie ważne. Autorka w piękny sposób opisuje przyjaźń. Przyjaźń, która pod pewnymi względami jest niemożliwa, ale jednak ukazuje się naszym oczom. Le Guin pokazuje, że to silne uczucie może przebić się ponad rozmaite podziały. Pozwala sobie na wystawianie jej na różne próby, ale wydaje się, że jednak uczucie wychodzi z nich zwycięsko.

Pisarka pozwala nam też spojrzeć na ludzi przez pryzmat państwowości i ustroju społecznego. Obraz, który tu prezentuje, nie jest miły. Chociaż ustrój Karhidu i Orgoreynu jest kompletnie różny, to jednak w obu u władzy są niewłaściwi ludzie. Ludzie, którzy często wykorzystują swoją pozycję dla osiągnięcia celów, które nie są godne. Oczywiście zdarzają się wyjątki, ale autorka wskazuje, jaki los może takich polityków spotkać. Dodatkowo druga część powieści, rozgrywająca się w Orgoreynie, przywodzi na myśl kraje znajdujące się we władaniu komunizmu. W tym miejscu za różne przewiny można zostać skazanym nawet na oddelegowanie do obozów pracy, gdzie radzić sobie trzeba z warunkami uwłaczającymi ludzkiej godności i gdzie cały czas walczy się tylko o przeżycie.

Problematyka nie stanowi jednak jedynej siły tej powieści. Równie ważny dla odbioru jest też niesamowity kunszt autorki. Le Guin w doskonały sposób operuje nie tylko językiem, ale też emocjami, jakie towarzyszą czytelnikowi. Książkę czyta się z wypiekami na twarzy i nawet przy kolejnej lekturze nic ona nie traci – znajomość fabuły nie przeszkadza w rozkoszowaniu się nią.

Chociaż kaliber części poruszonych problemów jest ciężki, to wymowa Lewej ręki ciemności nie jest pesymistyczna i przygnębiająca. Owszem, utwór nastraja nas raczej melancholijnie, ale jego lektura nie powoduje pogorszenia nastroju. Z pewnością zaś na nastrój pozytywnie wpływa kunszt pisarski Le Guin, który czyni tę pozycję naprawdę godną uwagi.

Lew ręka ciemności

Autor: Ursula K. Le Guin
Wydawca: Książnica
Tłumaczenie: Lech Jęczmyk