Tagi

, , , ,

Spacerując po starym mieście w Bielsku-Białej można wejść w małą uliczkę odchodzącą od Rynku – jedną z kilku podobnych. Po przejściu kilkunastu kroków wychodzi się z niej w zupełnie innym miejscu. To już nie pięknie odnowione centrum, a nieco bardziej zaniedbana cześć miasta, ale na ścianie niczym obietnica wisi reklama muzeum literatury. Jeśli podążymy za strzałką, to po chwili przeniesiemy się w jeszcze bardziej odmienny świat.

Budynek zaskakuje – zwykłe drzwi w na pozór zwyczajnej kamienicy. Na miejscu szyldu powieszona doniczka z kwitnącymi na różowo kwiatami. Na ścianie deska z ręcznie wymalowanymi słowami „Muzeum literatury im. W. St. Reymonta”. Nacisnąłem klamkę i zacząłem zastanawiać się, czy to na pewno tu, czy nie pomyliłem drzwi? Po chwili pojawia się właściciel i twórca muzeum w jednej osobie – pan Tadeusz Modrzejewski. Gdy pytam, czy muzeum jest tutaj, zapewnia mnie, że tak i rozpoczyna oprowadzanie po swoich włościach – skromnych, ale niesamowitych.

Muzeum Literatury

Najpierw przechodzimy przez sień na wewnętrzny dziedziniec pomiędzy kilkoma budynkami. Kustosz wskazuje na kominek, mówiąc: „na kominku jest moje motto życiowe”. Odczytuję napis jednocześnie z nim: „w beznadziei jest nadzieja”. Nie mam czasu pomyśleć, gospodarz wskazuje na okno i zwraca mi uwagę, że teraz uwiły sobie tam gniazdo jaskółki, ale witraż jest rozświetlony od pierwszego dnia wiosny do ostatniego dnia lata. Wchodzimy do środka.

Za sienią prowizoryczna kuchnia. Dowiaduję się, że nie ma lodówki, bo przez dużą część roku nie jest potrzebna. Właściciel tego prywatnego muzeum mieszka w nim i pracuje. Właśnie pracuje – od ponad 30 lat pan Tadeusz Modrzejewski ręcznie przepisuje kolejne dzieła Reymonta (a także innych polskich pisarzy). Maluje również obrazy – wypełniają one kolejne pomieszczenia. Jak sam mówi, stworzył ich ponad 8000.

Przechodzimy do kolejnej sali – tu moim oczom ukazuje się ręcznie zrobiony kalendarz – na ile zauważam są to jedynie cztery obrazy na drewnie, prezentujące kolejne pory roku. Cały czas słucham historii Modrzejewskiego. O tym, ile dzieł przepisał, i ile jeszcze ma w planach. Gdzie część z nich trafiła, ilu gości odwiedza muzeum. Gospodarz także pyta mnie skąd jestem – gdy mówię, że z Krakowa, stwierdza, że nie jestem pierwszy, ale chwali się, że ostatnio odwiedza go dużo obcokrajowców – w tym mieszkańców krajów arabskich.

Wchodzimy po schodach na górę. Tu już czuję się bardziej jak w muzeum. Widoczne pod ścianami gabloty zawierają przepisane ręcznie książki Reymonta. Podobnie te kilka gablot podwieszonych na linach. Nie pytam, ale przypuszczam, że wszystkie one są wykonane ręcznie przez gospodarza. Nie są to współczesne gabloty z tworzyw sztucznych, a drewniane, malowane po bokach meble ekspozycyjne. Podziwiać więc warto zarówno eksponaty, jak i to, w czym są przechowywane.

Po chwili muzealnik podchodzi do skrzyni i po jej otwarciu wyciąga jedno ze swoich dzieł. Pokazuje mi książkę. Widzę gruby papier i zastanawiam się, czy jest ręcznie czerpany. Dociera do mnie głos oprowadzającego – wskazuje mi, że każdy rozdział zaczyna się malowanym inicjałem, a zakończony jest niewielkim obrazem. Nie są to słowa bez pokrycia – nim zdążę o coś zapytać, wskazuje mi stosowne miejsca w książce.

Kiedy podchodzimy do witraża zaczynam rozumieć, co miał na myśli mówiąc, że jest rozświetlony przez całą wiosnę i lato. Stojąc pod oknem słucham o pracowni, w której przepisywane są książki. Słowom mojego przewodnika towarzyszy ruch dłonią. Podążam wzrokiem za ręką i spoglądam na malutką wnękę – ledwie pozwalającą na umieszczenie w niej biurka. Tu powstają książki. Nie ma tu żarówki – jedynie kubek z trzema świecami i lustro na ścianie. Pan Modrzejewski mówi, że to mu wystarczy do pisania. Metr dalej – już w głównym pomieszczeniu, znajduje się opasła księga gości – nie pierwsza i pewnie nie ostatnia. Obok niej, podwieszony na zwykłym konopnym sznurku – pusty słoik. Jak wyjawia gospodarz, tu zbiera datki od zwiedzających. Stwierdza, że część ludzi w dzień wydaje więcej, niż on uzbiera w miesiąc. Obok znajduje się termometr. Gospodarz śmiejąc się informuje mnie, że jest tylko do -5 stopni, żeby zwiedzający nie wiedzieli ile jest naprawdę, bo w zimie budynek nie jest ogrzewany. Pytam, jaka temperatura tu panuje naprawdę. „Najzimniej było -18”.

Zbierając się do wyjścia słyszę, że miasto nie dofinansowuje muzeum. Szczęśliwie (jak dowiedziałem się wcześniej) niektóre firmy sponsorują to miejsce. Zastanawiam się, czy włodarze miejscy powinni dawać pieniądze na taką działalność. Z jednej strony to niesamowita perełka i jedno z ciekawszych miejsc Bielska, z drugiej strony czy „państwo” powinno łożyć na spełnienie marzeń każdego? Wydaje się, że to miejsce jest warte opieki, ale od lat radni nie wykazali chęci jego wsparcia.

Cała wizyta w tym niesamowitym miejscu trwała może z 15 lub 30 minut, ale zapadła w pamięć. Bo czy można nie zapamiętać muzeum stworzonego z prawdziwej pasji? Pasji, która wbrew wszystkiemu trwa przez tyle lat? Panu Modrzejewskiemu życzę wytrwałości i większego zainteresowania ze strony miasta, a Wam polecam odwiedzić mały domek gdzieś na Bielskim starym mieście. Liczę, że wywrze na Was tak wielkie wrażenie, jak na mnie.

 

Reklamy