Tagi

, , ,

Niedawno na Polterze pojawiło się tłumaczenie artykułu Paula Kincaida traktującego o trzech antologiach fantastyki jakie ukazały się w 2012. Ponieważ każda z nich aspirowała na swój sposób do miana zbioru najlepszych tekstów fantastycznych danego roku autor artykułu wykorzystał okazję by na tej podstawie wywieść wnioski dotyczące stanu gatunku. Niestety wnioski te nie są zbyt optymistyczne.

W swoim tekście autor zauważa, że chociaż same opowiadania są dobrze napisane to jednak wiele im brakuje do tego by można nazywać je naprawdę dobrymi. Łatwo wskazać kilka głównych zarzutów jakie formułuje on względem współczesnego science fiction. Pierwszym z nich jest brak innowacyjności. Autorzy wykorzystują pomysły sprzed kilkudziesięciu lat. Kolejno zaś wymieniane jest zacieranie się różnic pomiędzy SF i fantasy, brak zrozumiałej wizji przyszłości, traktowanie SF wyłącznie jako konwencji – ram świata, bez zgłębiania tego co w gatunku ważne czy też wprowadzania motywów fantastycznych do opowiadań, które bez nich mogłyby sobie spokojnie poradzić, a nawet mogłyby być lepsze.

Lektura artykułu skłoniła mnie do kilku refleksji. Z jednej strony trudno się z autorem nie zgodzić, ale nasuwa się też pytanie czy rzeczywiście jest tak źle? W pierwszej chwili do głowy mi przyszedł opublikowany w 2011 Aparatus Andrzeja Pilipiuka. Książka wydana cudownie. Opowiadania czyta się szybko i dobrze, ale niestety nie jest to książka, która odkłada się na półkę z satysfakcją. Część historii miała motyw fantastyczny wciśnięty jedynie po to by móc powiedzieć, że to fantastyka. Momentami wręcz opowiadania były zepsute przez niepotrzebny nierealistyczny dodatek. Dokładnie pokrywa się to z częścią zarzutów Kincaida.

Od jakiegoś czasu czytuję też Nową Fantastykę i chociaż część z prezentowanych tam tekstów urzeka to wiele innych całkowicie mnie nie porusza. Nie zapadają w pamięć, a jedynie stanowią przyjemna wieczorną rozrywkę. Oczywiście było kilka opowiadań, które bardzo przypadły mi do gustu chociażby Instynkt Przetrwania Prochockiego (Fantastyka Wydanie Specjalne 4/2012) czy Śmierć na chorągwi Wojnarowskiego (Nowa Fantastyka10/2012). Jednak jak mawiają jedna jaskółka wiosny nie czyni i całość nie prezentuje się zbyt powalająco.

Ogólnie więc w dużej mierze zgadzam się ze smutnymi tezami Kincaida. Jednocześnie mój wrodzony optymizm nakazuje myśleć, że nie jest aż tak źle. Wciąż ukazują się opowiadania i książki, które mnie potrafią zachwycić. Wciąż także potrafię odnajdować przyjemność czytając wtórne, mało ambitne i do bólu proste historie publikowane chociażby w ramach serii Forgotten Realms. Powtarzanie dobrych pomysłów sprzed lat też nie jest wielkim problemem. Oczywiście byłoby dużo lepiej by każde opowiadanie było odkrywcze i wyjątkowe. By każda powieść powalała na kolana swoja głębokością i zachwycała zastosowanym językiem. Żyjemy jednak w realnym świecie i idealnego stanu nie osiągniemy nigdy. Myślę więc, że należy się cieszyć że ilość dobrze napisanych pozycji wciąż jest duża, a jednocześnie warto promować te z nich, które się wybijają.

Na koniec zaś zastanawiam się czy Paul Kincaid byłby zadowolony gdyby miał okazję czytać polską fantastykę. Chociaż nasz rynek jest dużo mniejszy niż ten anglojęzyczny i chociaż pojawia się na nim mnóstwo nieciekawych rzeczy to jedna rok w rok co najmniej kilka powieści i krótszych form jest wartych zauważenia, a jednocześnie często rodzima fantastyka jest mocno odmienna od tego co wydaje się za oceanem.

Reklamy